Ostatni warsztat w Mielenku jeszcze we mnie pracuje.
I pomyślałam, że właściwie bardzo rzadko piszę o tym, co naprawdę robię podczas spotkań indywidualnych i warsztatów.
Bo nie chodzi tylko o jogę.
Nie chodzi tylko o medytację.
I nie chodzi o to, żeby powiedzieć komuś, jak powinien żyć.
Człowiek przychodzi do mnie zazwyczaj z czymś konkretnym.
Z relacją, w której już nie wie, gdzie jest on sam.
Z decyzją, której od miesięcy nie potrafi podjąć.
Z emocją, która ciągle powraca.
Z poczuciem, że wszystko pozornie jest dobrze, a jednak wewnątrz coś mówi: „już nie mogę tak dalej”.
Czasami przychodzi po prostu z pytaniem:
„Dlaczego znowu jestem w tym samym miejscu?”
I wtedy zaczynamy patrzeć.
Nie tylko na to, co się wydarzyło, ale również na to, co człowiek przez lata z tym zrobił.
Jaką rolę przyjął.
Czego nauczył się nie mówić.
Gdzie zaczął rezygnować z siebie.
Co robi automatycznie, chociaż już dawno przestało mu służyć.
Czego nadal oczekuje od innych, choć być może sam sobie tego nie daje.
W mojej pracy jest rozmowa.
Jest ciało.
Jest oddech i medytacja.
Jest cisza.
Czasami pracujemy z symbolem, obrazem, kartą czy Aura-Somą — nie po to, żeby przewidywać przyszłość, ale żeby zobaczyć siebie z perspektywy, do której sam rozum nie zawsze ma dostęp.
Czasami najważniejsze pytanie pojawia się dopiero wtedy, kiedy przestajemy szukać szybkiej odpowiedzi.
Nie mówię człowiekowi: „zrób to”.
Bardziej interesuje mnie moment, w którym on sam zaczyna widzieć:
„Przecież ja już wiem.”
I wtedy zaczyna się druga część pracy.
Bo zobaczyć to jedno.
Zacząć żyć zgodnie z tym, co się zobaczyło — to coś zupełnie innego.
Czasem oznacza rozmowę, której długo się unikało.
Czasem granicę.
Czasem odpoczynek.
Czasem poproszenie o pomoc.
Czasem rezygnację z ciągłego ratowania innych.
A czasem niepodejmowanie jeszcze żadnej wielkiej decyzji — tylko odzyskanie takiego miejsca w sobie, z którego kiedyś będzie można naprawdę wybrać.
Im dłużej pracuję z ludźmi, tym mniej wierzę w wielkie deklaracje zmiany.
Bardziej interesuje mnie jeden prawdziwy krok.
Taki, który człowiek potrafi zabrać ze sobą z sesji, medytacji czy warsztatu do własnej kuchni, związku, pracy, rodziny i zwyczajnego poniedziałkowego poranka.
Bo właśnie tam sprawdza się cała nasza świadomość.
Nie wtedy, kiedy siedzimy z zamkniętymi oczami w ciszy.
Tylko wtedy, kiedy otwieramy oczy i wracamy do swojego życia.
I chyba właśnie tak najprościej mogę dzisiaj powiedzieć, czym jest moja praca:
pomagam człowiekowi zatrzymać się na tyle długo, żeby mógł naprawdę siebie usłyszeć — a potem znaleźć własny sposób, żeby tego głosu ponownie nie zgubić.