Kiedy odpowiedzialność staje się dźwiganiem

Są ludzie, na których można polegać.

 

Kiedy pojawia się problem — działają.

Kiedy inni nie wiedzą, co zrobić — znajdują rozwiązanie.

Kiedy robi się trudno — przejmują odpowiedzialność.

Kiedy ktoś sobie nie radzi — pomagają.

 

Z zewnątrz wyglądają na silnych, samodzielnych, zaradnych.

 

I często naprawdę tacy są.

 

Tylko że czasami przychodzi moment, w którym odpowiedzialność przestaje być dojrzałością.

 

Staje się dźwiganiem.

 

„Po co pomagasz?”

 

Niedawno podczas spływu kajakowego usłyszałam właśnie takie pytanie:

 

„Po co pomagasz?”

 

To był trudny spływ. Trzeba było płynąć dalej, reagować, uważać na innych, myśleć o bezpieczeństwie. Były z nami również dzieci i osoby, które nie czuły się pewnie na wodzie.

 

Automatycznie weszłam w dobrze znaną mi rolę.

 

Trzeba uważać.

Trzeba pomóc.

Trzeba przewidzieć.

Trzeba dopilnować.

 

Aż padło:

 

„Po co pomagasz?”

 

I na chwilę się wycofałam.

 

Nie dlatego, że przestało mi zależeć.

 

Zaczęłam natomiast obserwować coś znacznie ważniejszego:

 

gdzie kończy się moja odpowiedzialność, a zaczyna odpowiedzialność drugiego człowieka?

 

To pytanie zostało ze mną znacznie dłużej niż sam spływ.

 

Bo przecież wielu ludzi dokładnie tak płynie przez całe swoje życie.

 

„Jeśli ja tego nie zrobię, to kto?”

 

Możesz być osobą, która od lat radzi sobie ze wszystkim.

 

Z rodziną.

Z dziećmi.

Z pracą.

Z pieniędzmi.

Z kryzysami.

Z emocjami innych ludzi.

 

Możesz być tą, która organizuje, pamięta, przewiduje, pomaga i bierze odpowiedzialność.

 

A kiedy wreszcie potrzebujesz, żeby ktoś zrobił coś dla Ciebie, odkrywasz coś bolesnego:

 

znowu jesteś sama z tym, co trzeba unieść.

 

I pojawia się złość.

 

Zmęczenie.

 

Rozczarowanie.

 

Czasem nawet pytanie:

 

„Dlaczego zawsze wszystko muszę robić sama?”

 

To ważny moment.

 

Bo być może problem nie polega wyłącznie na tym, że inni robią za mało.

 

Być może warto również zobaczyć, dlaczego Ty tak szybko zaczynasz robić za dużo.

 

Dźwiganie często zaczyna się dużo wcześniej

 

Czasami człowiek bardzo wcześnie nauczył się, że musi być silny.

 

Że lepiej nie czekać na pomoc.

 

Że trzeba przewidywać.

 

Że bezpieczeństwo pojawia się wtedy, kiedy samemu ma się wszystko pod kontrolą.

 

Z czasem nie jest to już świadoma decyzja.

 

To staje się sposobem funkcjonowania.

 

Dlatego można rozumieć siebie bardzo dobrze, przeczytać dziesiątki książek, rozwijać świadomość, medytować, pracować nad sobą — a mimo to w konkretnej sytuacji ponownie zrobić dokładnie to samo.

 

Mechanizm uruchamia się szybciej niż myśl.

 

I właśnie dlatego samo zrozumienie czasami nie wystarcza.

 

Pomaganie czy ratowanie?

 

Pomoc sama w sobie nie jest problemem.

 

Troska nie jest problemem.

 

Odpowiedzialność również nie.

 

Pytanie brzmi:

 

z jakiego miejsca to robię?

 

Czy pomagam, ponieważ naprawdę tego chcę?

 

Czy dlatego, że czuję, że muszę?

 

Czy potrafię pozwolić drugiemu człowiekowi ponieść konsekwencje jego decyzji?

 

Czy natychmiast przejmuję sytuację?

 

Czy potrafię powiedzieć:

 

„To nie należy do mnie”?

 

I jeszcze trudniejsze pytanie:

 

Co dzieje się we mnie, kiedy przestaję ratować innych?

 

Pojawia się poczucie winy?

 

Niepokój?

 

Lęk, że wszystko się rozsypie?

 

Złość?

 

A może pustka, bo przez lata bycie potrzebną było ważną częścią mojego miejsca w relacjach?

 

Tu zaczyna się prawdziwa praca.

 

Nie chodzi o to, żeby przestać być silnym

 

Nie pracuję z człowiekiem po to, żeby odebrać mu jego siłę.

 

Przeciwnie.

 

Chodzi o to, żeby siła przestała oznaczać:

 

„Muszę wszystko udźwignąć.”

 

Można być odpowiedzialnym i nie przejmować odpowiedzialności za wszystkich.

 

Można kochać i nie ratować.

 

Można pomagać i jednocześnie stawiać granice.

 

Można powiedzieć „nie wiem”.

 

Można poprosić o pomoc.

 

Można pozwolić innym dorosnąć do własnych decyzji.

 

I można wreszcie przestać budować swoje bezpieczeństwo wyłącznie na tym, że wszystko jest pod kontrolą.

 

Właśnie z takimi mechanizmami pracuję

 

Nie interesuje mnie jedynie odpowiedź na pytanie:

 

„Co jest ze mną nie tak?”

 

Znacznie bardziej interesuje mnie:

 

„Co wydarzyło się w moim życiu, że właśnie w taki sposób nauczyłam się siebie chronić?”

 

A potem:

 

„Czy nadal tego potrzebuję?”

 

W pracy terapeutycznej schodzimy głębiej niż do samego zachowania.

 

Patrzymy na powtarzające się relacje, role rodzinne, przekonania, emocje, granice i nieświadome lojalności.

 

Nie po to, żeby kogokolwiek obwiniać.

 

Po to, żeby zobaczyć własny wzorzec wystarczająco wyraźnie, aby móc zacząć dokonywać innych wyborów.

 

Bo czasami największą zmianą nie jest nauczenie się robić więcej.

 

Jest nią odkrycie:

 

czego już nie muszę dźwigać.

 

Jeżeli podczas czytania tego tekstu pojawiła się w Tobie myśl:

 

„To jest o mnie”

 

— być może właśnie tam warto rozpocząć rozmowę.

 

Nie od naprawiania siebie.

 

Od zobaczenia siebie naprawdę.

 

Regina Szczypior

Terapie Duszy